Z gór, nie z hurtowni
Jagnięcina z hal pod Rysianką, pstrągi z doliny Soły, sery od trzech zaprzyjaźnionych baców. Znamy każdego dostawcę z imienia — i wypisujemy ich na tablicy przy wejściu.
Nasza historia
Wszystko zaczęło się od jednego garnka kwaśnicy i przekonania, że góralska kuchnia zasługuje na coś więcej niż skansen.
Karczmę otworzyliśmy w 2012 roku w starej, przeniesionej z Zawoi chałupie z płazów. Remontowaliśmy ją dwa lata — tak, żeby ocalić czarne od dymu belki, a jednocześnie wpuścić do środka światło i góry, które widać z każdego stołu.
W kuchni dowodzi Jan Bury, kucharz, który terminował w krakowskich restauracjach, ale wrócił w Beskidy „po smak dzieciństwa". Jego kwaśnica gotuje się dwa dni, a jagnięcina w jałowcu — od otwarcia karty ani razu nie wypadła z menu, bo goście nie pozwolili.
Na sali gospodarzy Hanna Bury, która o każdej nalewce z naszej piwnicy opowiada tak, że trudno poprzestać na jednej opowieści. To ona pilnuje, żeby nikt nie wyszedł od nas głodny ani nieuśmiechnięty.
Latem rozpalamy watrę w ogrodzie i pieczemy oscypki nad ogniem, zimą — trzaska kominek, a w oknach wisi mróz. W obie pory roku obowiązuje ta sama zasada: gość siada jak sąsiad, a wychodzi jak przyjaciel.
Trzy zasady
Jagnięcina z hal pod Rysianką, pstrągi z doliny Soły, sery od trzech zaprzyjaźnionych baców. Znamy każdego dostawcę z imienia — i wypisujemy ich na tablicy przy wejściu.
Mamy własną wędzarnię opalaną drewnem bukowym z gałązkami jałowca oraz piwnicę, w której kisimy kapustę, ogórki i buraki. Niektóre rzeczy muszą po prostu trwać.
Nie unowocześniamy na siłę. Zmieniamy tylko to, co czyni danie lżejszym i czystszym w smaku — resztę zostawiamy tak, jak zapisały gaździny w zeszytach z lat 60.
Do zobaczenia